Szukasz auta, które ma więcej historii niż niejeden związek? Oto Volvo V40 z 2002 roku – samochód, który kupiłem 14 lutego, myśląc, że to miłość na lata. Cóż… chyba miałem chwilowe zaćmienie umysłu, bo po kilku miesiącach stwierdziłem, że to bardziej „trudna miłość” niż „żyli długo i szczęśliwie”.
Co dostajesz w pakiecie?
Solidny, choć leciwy silnik 1.8 o mocy 122 KM – odpala zawsze, nawet gdy ty nie masz na to siły
Przebieg 306 tys. km – ale nadal dziarsko sunie po drogach
Klimatyzacja manualna – czyli pełna kontrola nad temperaturą (i pełna demokracja w kłótniach o to, czy jest za ciepło czy za zimno)
Elektryczne szyby… z przodu! Z tyłu można poczuć oldschoolowy klimat i przypomnieć sobie, jak działa korbka
Ubezpieczenie i przegląd na cały rok – więc przynajmniej tu nie trzeba się martwić
A teraz szczerość, której nie znajdziesz w zwykłych ogłoszeniach:
Amortyzatory przód – powiedzmy, że samochód tak bardzo lubi dynamiczną jazdę, że chce ci zapewnić dodatkowe wrażenia na nierównościach
Elektryka – Volvo, ale ma francuski akcent, więc czasem lubi robić niespodzianki
Dziura w fotelu kierowcy – to nie wada, to wentylacja dla bardziej wymagających
Dwa ogniska rdzy – istnieją, ale przez 5 lat nic się nie zmieniło, więc można je traktować jak stałych lokatorów
Dla kogo to auto?
Dla kogoś, kto szuka taniego, ale działającego auta do jazdy na co dzień
Dla kogoś, kto nie boi się czasem popukać w plastik, żeby elektryka wróciła do życia
Dla kogoś, kto ceni szczerość i nie szuka „igły” z 2002 roku
Cena? Do rozsądnej negocjacji – ale jak przyjedziesz i powiesz, że zawsze marzyłeś o Volvo, to może uronię łzę i dorzucę gratis ciepłe słowo.
Dzwoń, pisz – kto wie, może to właśnie ty sprawisz, że ten szwedzko-francuski romans znajdzie nowego właściciela!